|
8-tysięczne miasteczko Gryfów Śląski rozlokowane na mapie między Jelenią Górą a Zgorzelcem żyje z dnia na dzień. Czy są perspektywy na jutro? Niektórzy, co bardziej sprytni, je posiadają, inni w ogóle o tym nie myślą. Niezwykle liczą się tutaj rozrywki. Tych jest niestety niewiele. Młodzież zamiast skupić się na tworzeniu kultury wybiera siedzenie na ławeczce pod blokiem, dłubanie słonecznika bądź też przypalenie zioła. Oto cała polska rzeczywistość, nie tylko ta drobnomieszczańska. Jedyną wręcz atrakcją w Gryfowie dla młodego człowieka lubującego się w sporcie jest miejscowy piłkarski klub, występujący w klasie "okręgowej" (odpowiednik V ligi). Cóż innego może skupiać uwagę ludzi, zwłaszcza młodych, chcących zabić czas między jednym dniem szkoły a drugim? Gryf - bo taką nazwę nosi klub z opisywanego przeze mnie miasta, to jedyna prawdziwa odskocznia dla wielu osób, nie tylko młodych. Tych ludzi przybywa, bo i wyniki są... No właśnie, po kolei.
Wszystko zaczęło się jeszcze w poprzednim sezonie, kiedy to w czerwcu ubiegłego roku Gryf wywalczył sobie awans z klasy "A" do klasy "O", w której obecnie występuje. Wtedy jeszcze pod wodzą trenera Eugeniusza Supronia drużyna z malowniczo położonej miejscowości rozniosła wszystkich swoich rywali, co znalazło odzwierciedlenie w końcowej tabeli rozgrywek. "Cały sezon uważam za bardzo udany, osiągnęliśmy to, co zakładaliśmy sobie przed rokiem. Nie spodziewałem się tylko, że zdystansujemy rywali aż na 13 punktów, a świadczy to tylko o klasie naszej drużyny" - to słowa trenera Supronia. Nie wiedział on wtedy, że zaraz po przystąpieniu do nowego sezonu pożegna się ze swoją posadą. Już wtedy spotkania sparingowe w okresie przygotowawczym, a zwłaszcza ich wyniki (szczególnie mecz z wyżej notowanymi Łużycami Lubań przegrany w rozmiarach 1:6) nie nastrajały optymistycznie przed przyszłością o szczebel wyższą. Rzeczywistość wyższej ligi okazała się dla gryfowian niezwykle brutalna. Mimo iż pierwsza kolejka zdołała rozbudzić w jakimś stopniu nadzieje mieszkańców Gryfowa, a przede wszystkim kibiców klubu z tego miasta, ponieważ Gryf pokonał LZS Wojcieszyce u siebie (2:1), to później przyszło już tylko pasmo wysokich porażek: z Chrobrym Nowogrodziec, Granicą Bogatynia oraz Spartą Zebrzydowa. Po kolejnej porażce, tym razem z Piastem Czerwona Woda (1:4) zarząd klubu postanowił dokonać roszady na stanowisku szkoleniowca drużyny. Eugeniusza Supronia zastąpił Bebi Dżamalis, czyli człowiek wiele lat związany z gryfowskim klubem jako piłkarz, w końcu związał się z Gryfem jako trener. W opinii kibiców była to osoba właściwa na właściwym dla siebie miejscu. Tydzień po tym fakcie przyszedł czas na pierwszą wygraną od dłuższego czasu (z Lotnikiem Jeżów Sudecki). Był to jednak niemalże przypadek odosobniony, gdyż do końca rundy jesiennej Gryf jeszcze tylko w jednym meczu uzbierał komplet punktów, a miało to miejsce w regionalnym "klasyku" z Włókniarzem Mirsk. Można powiedzieć, że drużynie brakowało szczęścia, że częściej przeważał pech, ale nic to, skoro spoglądając prawdzie w oczy Bebi Dżamalis w trakcie trwania rundy mógł niewiele zrobić z drużyną jaką miał do dyspozycji. Cóż z tego, że drużyna ta jeszcze wiosną mogła wygrać z każda drużyną klasy "A", jeżeli tylko chciała, skoro w wyższej lidze realia skierowały ją na ostatnie miejsce w tabeli, co oznaczać mogło tylko jedno: ciężką, wręcz astronomicznie trudną walkę o utrzymanie na wiosnę 2005 roku.
W rozmowie z byłym trenerem, Eugeniuszem Suproniem dowiedziałem się o bolączkach, jakie nawet w mistrzowskim sezonie trapiły Gryfa. "Uzyskaliśmy taką przewagę, że trudno ją było roztrwonić. Ujemny wpływ na grę Gryfa miały, pewne osoby, które w pierwszej rundzie namieszały trochę chłopakom w głowach, w drugiej z kolei odwrócili się od drużyny. Przyczyn słabszej gry można także doszukiwać się w tym, że nasi gracze pracują, mają swoje rodziny. Jesteśmy klubem typowo amatorskim, czasem ciężko było ich zmobilizować, tym bardziej, że przewaga z poprzedniego roku była bardzo duża." Takie przyczyny jak chociaż ogólnikowe twierdzenie, że V-ligowa piłka jest amatorstwem, są sporym uzasadnieniem tego, że zespół nie zawsze musi być na fali, byle by chociaż godnie reprezentował swoje barwy. Ale jeżeli nie ma możliwości sprawienia choćby odrobiny radości kibicom, a jest jedynie niemoc, znajdującą początek na samym zestawieniu personalnym drużyny, to cóż robić? Z drugiej strony, przecież ci chłopcy, którzy wybijali się ponad przeciętność klasy "A" i rozdawali w niej karty, nie mogli zapomnieć jak się gra w piłkę. Fakt jest jednak faktem - liga okręgowa jest już naprawdę dużym wyzwaniem w porównaniu z niższym od siebie szczeblem rozgrywek. Niepodważalne stwierdzenie, że grają nie tylko nogi futbolistów, ale i ich głowy - nie tylko wtedy, kiedy trzeba fizycznie użyć głowy celem styczności z piłką, ale także wtedy, kiedy w mózgach zawodników kotłuje się wielka taktyczna burza, mająca za zadanie przeciągnięcie szali zwycięstwa na swoją korzyść - znajduje potwierdzenie w kolejnych słowach byłego szkoleniowca Gryfa: "Błąd tkwił w problemie motywacji". Chęć zwycięstwa, mobilizacja i wreszcie wiara we własne możliwości - kto o to powinien dbać? Trener? Kapitan zespołu? A może kibice? Za to wziął się sam trzon klubu, czyli prezes oraz zarząd, organizując 4 grudnia 2004 roku walne zebranie najważniejszych członków klubu. Ważnych ustaleń było sporo. Najbardziej cenne jest to, że szybko wzięto się do pracy i postawiono sobie jeden, główny cel: utrzymanie drużyny seniorskiej w potocznie określanej "okręgówce". Zaczęto od podstaw, czyli zmian w samym czubie. Wymieniono prezesa - Czesława Wojtkuna (jednocześnie sprawującego urząd burmistrza miasta i gminy Gryfów Śląski i chyba jednak nie radzącego sobie należycie w dopilnowaniu wszystkich spraw dotyczących prezesowania) zastąpił zawodnik miejscowej drużyny, Daniel Koko - młody, perspektywiczny chłopak, palący się do konkretnej i pożytecznej roboty. Tego jeszcze nie było, ale dlaczego nie spróbować? W dwa miesiące po tych decyzjach sam prezes ocenił swoje stanowisko w taki sposób: "Jest to bardzo trudna i odpowiedzialna praca. Podejmując się tego wyzwania wiedziałem, że praca na stanowisku prezesa będzie ciężka, nie domyślałem się jednak, że będzie aż tak ciężka. Powoli wraz z zarządem przystosowujemy się do aktualnej, nieciekawej sytuacji, w jakiej znalazła się drużyna Gryfa. Obejmując tę funkcję zastaliśmy zespół na ostatniej pozycji w tabeli. Naszą ambicją jest przede wszystkim to, aby opuścić strefę spadkową i ukończyć sezon na bezpiecznym miejscu, choćby na tym ostatnim możliwym nad kreską, oddzielającą spadkowiczów od tych, którzy pozostaną w szeregach ligi okręgowej." Co ciekawe, na stanowisko wiceprezesa powołano Stanisława Wójcika, który kilka lat temu zasłynął swoim szaleńczym oddaniem temu, czym się zajmował, czyli samodzielnemu prezesowaniu klubowi. Świeży powiew optymizmu zaserwowano też w niemal całkowitej wymianie członków zarządu klubu. To tyle zmian na górze, ale nie obyło się również bez przetasowań w sztabie szkoleniowym. Bebiego Dżamalisa w funkcji trenera zastąpił Zygfryd Borkowski, znający gryfowskiego Gryfa jak własną kieszeń. "Wracam już chyba piąty raz do zespołu. Na jesieni trenowałem zawodników Włókniarza Mirsk. Tam miałem spokojną pracę. Nie stresowałem się nią za bardzo, gdyż zespół personalnie był w zasadzie dobry, za wyjątkiem bramkarza, który zawalił nam trzy-cztery mecze. Gdyby nie golkiper Włókniarza, to zapewne dorobek punktowy w Mirsku byłby większy. W Gryfowie mam zupełnie inne zadanie. Zajmujemy niestety ostatnie miejsce po rundzie jesiennej i teraz może być już tylko lepiej. Doszedłem do porozumienia z zarządem i z zawodnikami, że będziemy robić wszystko, aby Gryfa utrzymać w "okręgówce". W dodatku za półtora roku będziemy obchodzić 60-lecie klubu i brzydko by było grać w klasie "A". Myślę, że to nam się uda, chociaż zadanie będzie bardzo trudne. Kontakt z zespołami z końca tabeli jest bliski, są to 2-3 punkty straty. Jeżeli dobrze wystartujemy, a chcemy już powalczyć od pierwszych meczy, to powinniśmy się utrzymać. Najważniejsze to, aby dobrze zaprezentować się i wywalczyć punkty już w pierwszych 3-4 meczach." W takim tonie wypowiadał się stary/nowy trener Gryfa, zaznaczając na samym wstępie, na czym zależy i jemu i władzom klubu. Gryfowian ucieszyła niezwykła odpowiedzialność najważniejszych osób i ich szybkie, odważne decyzje.
Przystąpiono do działań w trybie natychmiastowym. Trener Borkowski upatrzył sobie zawodników, którzy mogliby wzmocnić jego team. Podczas długiego okresu przygotowawczego testowano kilku naprawdę klasowych graczy. Do drużyny dołączyło czterech zawodników, z czego trzech przebiło się natychmiastowo do pierwszego składu i w bardzo wyraźny sposób stanowi o teraźniejszej sile formacji ofensywnej. Największym wyczynem naszych działaczy jest bez wątpienia sprowadzenie Sebastiana Bąka, mającego za sobą czwartoligową przeszłość. Dodatkowo, transfery Krzysztofa Gajewskiego i Krzysztofa Zakrzewskiego z silnej na jesieni Olimpii Kowary, to także cenne zakupy. Uzupełnieniem szerokiej kadry jest młody Paweł Balcerzyk (wcześniej Zryw Ubocze). Rozpoczęcie rundy rewanżowej zbliżało się wielkimi krokami i równie wielkimi kropkami się oddalało, ponieważ dwie pierwsze serie spotkań zostały przełożone na inne terminy z powodu srogiej i śnieżnej zimy, zaś trzecia kolejka wiosenna została w ostatniej chwili odwołana po tym, jak cały świat pogrążył się w żałobie po śmierci papieża Jana Pawła II. Przed pierwszym meczem z ust nowego opiekuna piłkarzy, Zygfryda Borkowskiego wydobyły się słowa: "Gdybym nie widział szansy i nie wierzył w jej zrealizowanie, to bym się nie podejmował pracy tutaj. W porównaniu do Mirska w Gryfie stoi przede mną nie lada wyzwanie. Już nie raz obejmowałem zespół w tak trudnej sytuacji - akurat w Gryfowie - i za każdym razem udawało się jakoś wyjść na prostą. Historia lubi się powtarzać i wierzę w to, że tym razem będzie podobnie." Wierzyli także kibice, chociaż dla pesymistów nawet dobra gra i niezłe wyniki w zimowych sparingach nie były podstawą do tej wiary. Wszystko to dlatego, że sytuacja faktycznie była katastrofalna - ostatnie miejsce w tabeli, najmniej zdobytych punktów, fatalny bilans bramek strzelonych w stosunku do straconych. Nastał czas, aby piąć się w górę, a obietnice zamienić w rzeczywiste czyny.
Już pierwszy pojedynek na wiosnę pokazał, że zawodnicy Gryfa tanio skóry tym razem nie sprzedadzą. Widać w nim było nareszcie walkę, zaangażowanie, nawet ryzyko zostawienia zdrowia na boisku, aby tylko zdobyć upragnione punkty, pomagające w wspinaczce w górę tabeli. Wygrana 2:0 ze Spartą Zebrzydowa poprawiła humory, ale zostawiła pewien przykry smaczek... Mówiąc szczerze, sędziowanie nie stało na najwyższym poziomie, co mogło budzić podejrzenia obserwujących to spotkanie. Obawy znalazły potwierdzenie w kolejnym meczu. Gryf udał się do Mysłakowic, aby mierzyć swoje siły z tamtejszym Orłem. 36. minuta tej konfrontacji na długo pozostanie w pamięci zawodników obu klubów. Wtedy to arbiter spotkania wyrzucił z boiska dwóch zawodników przyjezdnych. Za co? "W 36. minucie było 1:0 dla nas, a to widocznie nie było w założeniach Pana Kamińskiego, więc musiał on coś zrobić. Co zrobił? Dosłownie za nic dał Pawłowi Damowi drugą żółta kartkę, a w konsekwencji czerwoną. Zaś Adamowi Markiewiczowi także nie wiem dlaczego została przyznana czerwona kartka. Stałem dwa metry od całej zaistniałej sytuacji i nie słyszałem żeby Adam powiedział to, co sobie wymyślił boczny sędzia. Po prostu sędzia myślał, że grając w 14. (wliczając w to trójkę sędziowską) na 9., przegramy. Schodząc do szatni w przerwie zarząd Mysłakowic już uradowany dziękował Panu Kamińskiemu, a ten nie wiedząc, że za nim idzie ktoś z Gryfa skwitował: "to już jest po jabłkach". Jak się później okazało, nie do końca to się potwierdziło." Tak skwitował całe zajście prezes Daniel Koko. A zamiar arbitra nie sfinalizował się do końca, bo piłkarze z Gryfowa Śląskiego walczyli z niesamowitym zaangażowaniem i wywieźli jeden, cenny punkt (remis 1:1) z wrogiego terenu.
Liga rozpędziła się w szaleńczym tempie. W chwili obecnej za nami jest już 7 kolejek (Gryf rozegrał 6 spotkań, ponieważ rewanżowy mecz z LZS-em Wojcieszyce został przełożony na inny termin). W tym czasie gryfowianie uzbierali 100% wszystkich punktów, jakie zgromadzili podczas ubiegłorocznej jesieni. Wygrana w meczu o "sześć punktów" u siebie z Piastem Czerwona Woda nie tylko przedłużała nadzieje, ale także wprowadzała je w serca kolejnych kibiców. Od początku maja Gryfa czekała jednak ciężka przeprawa - najbliżsi trzej rywale, to ścisła czołówka tabeli "okręgówki". Niemałym utrudnieniem było też to, że w tych trzech meczach z faworytami dwa spotkania trzeba było rozegrać na wyjeździe. Najpierw wyjazd do Jeżowa Sudeckiego, skąd gryfowska drużyna przywiozła do swojego miasta jeden cenny punkt. Jeszcze podczas długiego weekendu majowego wszyscy obecni na stadionie Gryfa byli świadkami sensacji. Wyżej notowany Piast Zawidów wrócił do siebie z zaaplikowanymi trzema bramkami na swoje konto goli straconych (wbijając rywalom tylko jednego) i z zerowym dorobkiem punktowym. Tydzień później było jeszcze bardziej szokująco i wesoło dla gryfowian. Wyjazd do Kamiennej Góry na pojedynek z wiceliderem - wciąż chyba mającym aspiracje do gry w IV lidze - elektryzował wszystkich. O ile w przypadku poprzedniego meczu można było mówić o sensacji, o tyle teraz można mówić o tym samym zjawisku, tylko że w skali "mega" i "hiper". Pojawiły się dziwne głosy bezstronnych kibiców, którzy nie byli obserwatorami tego spotkania, że mecz został sprzedany. "Nie chciałbym tutaj prowokować jakichś kłótni, ale ciekaw jestem ile ten mecz kosztował? Jaka kwota zadowoliła Olimpię?! Nie widząc już szans na awans Kamienna postanowiła podbudować budżet klubu. To w piłce jest normalne - niech to nikogo nie dziwi - ja nie mam Gryfowi tego za złe, każdy orze tak jak może..." - można wyczytać w księdze gości na oficjalnej stronie Gryfa, a autorem tej wypowiedzi jest anonimowy kibic z Mirska. Wcale to nie dziwi, gdyż już w najbliższą niedziele Gryf zmierzy się z mirskim Włókniarzem i będzie to kolejny mecz z gatunku tych o "sześć punktów", ponieważ obie drużyny są wciąż w strefie spadkowej. Dodatkowego smaczku dodaje tutaj fakt, iż będzie to mecz derbowy, a takie batalie zawsze rządzą się swoimi prawami. Nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek sprzedawaniu, wszystko rozstrzyga boisko. Tylko po co wytwarzanie niezdrowej atmosfery przy osiągnięciu fenomenalnego rezultatu przez drużynę niżej plasowaną? Wiadomo, rywalom także walczącym o awans takie wyniki nie pasują, ale czy rzeczywiście ktoś mógłby tutaj handlować punktami w meczach ligowych? A może warto pójść po rozum do głowy i wywnioskować, że szybkie, przemyślane i trafne zmiany w gryfowskim zarządzie, sztabie trenerskim i kadrze zawodniczej są powodem oszałamiających wyników oraz składnej, zespołowej gry przynoszącej malutkie sukcesy, mające być przyczyną do jednego, wielkiego celu - utrzymania w Gryfowie statusu "okręgówki"?
Są już jednak kibice wybiegający dużo bardziej w przyszłość: "Po tym sezonie i tak odchodzą zawodnicy wypożyczeni. W nowym sezonie znów będzie walka o utrzymanie. Należy od razu zainwestować w nowych zawodników, a nie dopiero w II rundzie". Inny, także anonimowy fan sportu w regionie Gryfowa wyraża swoją opinię w sposób podobny: "Gryf dobrze gra, tylko żeby zawodnicy, którzy zasilili nasz zespół przed runda wiosenna nie odeszli po tym sezonie, bo znowu wita klasa "A". Sponsorzy: zasilcie budżet Gryfa". Powyższe wypowiedzi z pewnością mają swoje duże odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jest to z pewnością problem, który trzeba rozwiązywać w zalążku i właśnie teraz jest na to czas. Teraz, kiedy czasy są lepsze, bo wreszcie przyszły zwycięstwa i dobra gra, już warto myśleć o przyszłości, a nie tylko bezgranicznie patrzeć w koniec tego sezonu. Nie można też mówić "hop" zanim nie osiągnie się wyznaczonego zamiaru. Błędne koło.
"Brawo Gryf, Brawo Prezes i drużyna, dzięki za wygrane mecze. Teraz Kocha Was cały Gryfów, uważajcie jednak bo nie jedna piłkarska kariera skończyła się w gryfowskich pijalniach piwa. Chyba nie muszę podawać przykładów" - mówi Marek R., kibic znający realia futbolu. Nie od dziś wiadomo, że w Gryfie na przestrzeni 60. lat jego istnienia pojawiały się i szybko znikały wielkie talenty piłkarskie. Wiadomo też, co było tego przyczyną. Jest jednak rozwiązanie: silny sponsor inwestujący, albo w tych zawodników, którzy już są, rozwijając ich umiejętności i talenty, albo w nową drużynę. Na szczęście ostatnie wyniki drużyny mówią same za siebie i unaoczniają, że nie ma mowy o jakimkolwiek życiu wyskokowym przed meczami. Klub amatorski - podejście w zupełności poważne. To owocuje.
W ogonie tabeli zaczęło się robić coraz bardziej różowo. O utrzymanie walczą przecież: Olsza Olszyna Lubańska, LZS Wojcieszyce, Piast Czerwona Woda, Włókniarz Mirsk i właśnie Gryf. Niewielkie różnice punktowe powodują, że uwaga kibiców nawet drużyn z wyższych pozycji w zestawieniu ligi kierowana jest właśnie na dolne partie "okręgówki". Już teraz widać, że walka będzie do upadłego, do ostatniego meczu przelewać będzie się pot w walce o zatrzymanie dla siebie V-ligowego bytu. A Gryf? Nawet jak jest na fali, wygrywa z faworytami, zdobywa punkty w iście wyśniony sposób, bo poprzez piękną walkę fair do samego końca i tak będzie obarczany nieprzychylnymi opiniami kibiców innych drużyn, albo będzie musiał zmagać się z ostrzeżeniami, takie jak to powyższe. I słusznie, bo wnioski z przeszłości wyciągnąć trzeba, a aktualna rzeczywistość jest na tyle miła, że niech trwa jak najdłużej... Autor: Dobrzan |